Miało być o studentach, ale poczeka. Student nie zając, nie ucieknie. Ponarzekać pewnie ponarzeka, ale nie ucieknie.
W mej głowie zrodził się inny temat. W sumie nie dziś, nie wczoraj, ale coś drgnęło i teraz zamierzam pokatować Was swoimi wypocinami. Inspiracją były artykuły z „Polityki”,z nacjonalista.org oraz stron tzw. społecznej lewicy. Mieszanka wybuchowa, za skutki nie ręczę, ale zapraszam.
Na tapetę bierzemy zagadnienie ideowości, idei hmm słowem jakiś przekonań. Nie mam tu na celu prezentować takich czy innych doktryn. Nie moja bajka, może mógłbym gdyby płacili albo wśród zacnej publiki, czyniłbym to pro publico bono.
Badania, wnioski, rozkminy z dzisiejszego świata potwierdzają, że człowiek w przeważającej części sytuacji z życia działa z dwóch głównych powodów. Pierwszym jest przymus. Może być on rozumiany jako przymus np. ekonomiczny typu: idę do pracy bo chcę mieć na czynsz, lapa, ajfona czy inne dobra doczesne. Może być też rozumiany jako przymus administracyjny. Np. Szanowny Pan Milicjant zmusza mnie do jakiegoś zachowania.
Druga pobudka to szeroko rozumiany interes. Interes mniej lub bardziej, ale jednak prawie zawsze własny. Mądre głowy ustaliły, że kręci się on wokół trzech główych podzagadnień. Po pierwsze primo, jak mawiał pewien pan z "Poranku kojota", jak nie wiadomo o co chodzi, to chodzi o pieniądze. Trafiony, niezatopiony. O co jeszcze? Hmm (prawie) każdy samiec powie, że o dziewczyny, kobiety! Ciepło, ciepło, wręcz gorąco. "O seks" odpowiada żeńska publika. Trafiony, niezatopiony. Wprawdzie do tanga trzeba dwojga, ale nam brakuje jeszcze jednego. "Cała władza w ręce rad", krzyczeli bolszewicy. Tych ostatnich jak i owe rady jednak zdecydowanie odrzucimy. Władzę zaś zachowamy. Na potrzeby dyskusji. Trafiony, zatopiony! Mamy naszą Trójcę. Mimo, że wcale nieświęta, to też ogarnia.
Na przestrzeni wieków modne były hasła wolności, równości, braterstwa. Za każdym jednak z tych haseł stały czyjeś interesy. Weźmy taką Francję z roku pańskiego 1789. Postulaty wolności miały na celu dopuszczenie ówczesnej burżuazji do władzy. Hasła równości wystosowano po, by przyciągnąć do walki o tę władzę ,asy rzemieślników, chłopów i im pokrewnych. Hasła braterstwa dodano, bo w sumie brzmią całkiem sympatycznie. A czym naprawdę były lub miały być to osobna bajka.
Głoszenie jakiejś ideii a zarazem hipokryzja jest też zjawiskiem współecznych czasów.
Z jednej strony mieliśmy np. Augusto Pinocheta. Człowieka, który zdaniem jego zwolenników, ocalił Chile od komunizmu. Był patriotą, stał na straży stabilności państwa, rozpisał przeciez referendum etc. Z drugiej strony, troska o Chile, nie przeszkodziła mu w oskubaniu tamtejszego państwa na ładne miliony dolarów, za pomocą nielegalnych transferów pieniężnych.
Z łatwością można wskazać również na hipokryzje lewicowej sceny politycznej. Dzisiaj, zwykły robotnik/pracownik z Niemiec czy Francji może z całą pewnością krzyknąć słynne: Wer hat uns verraten? Die Sozialdemokraten! To, że zachodnia soclajdemokracja (w większości) nie reprezentuje swojego klasycznego wyborcy, widać jak na dłoni. Wiadomo, że kasę na kampanię dadzą schludni panowie panowie z korporacji a nie jacyś umorusani robole, ze słabnących związków zawodowych.
A jednak wciąż jakiś odsetek ludzi, zwłaszcza młodych, idzie do różnorakich organizacji. Idzie bo chce działać. Idzie bo czuje, że hasła, pod którymi podpisuje deklaracje członkowstką, ją rajcują. Jasne, część idzie dla korzyści materialnych. Króluje tu młodzieżówka partii rządzącej. Nie tylko obecnej kadencji, każdej. Chociaż obecny rząd, trzeba mu to oddać, jest mistrzem, wicemistrzem i okupuje 10 kolejnych miejsc w Lidze Bezidewości. Cześć młodzieży idzie np. do wolontariatu bo fajnie to mieć w CV.
Ale są też tacy, którzy oszczędzają grosz, nie kupią piwa, fajek by odłożyć na bilet i dojechać na jakiś spęd. A czy to będzie np. Białe Miasteczko strakujących pielęgniarek, Marsz Niepodległości czy wyjazd harcerski to już wtórna sprawa.
Czy zatem ideowość jest czymś z czego się wyrasta? A może po prostu ktoś jest za słaby z charakteru, nie ma jaj by przeforsowac swoje zdanie gdy pnie się w górę?
Osobiście bardzo cenię sobie ludzi, którzy mają jakąś ideę. Jasne, prywatnie mogę uznać tą czy inną za mniej lub bardziej idiotyczną. Ale jednak poczucie, że ktoś ma jaja by powiedzieć coś "heretyckiego" czy oddaje złocistą ciecz na polityczną poprawność, jest przynajmniej interesujące. Może wynika to z tego, że człowiek dla mnie, to nie zupa pomidorowa i nie każdy każego musi lubić, i uśmiechać się jak tylko spotka na ulicy. Wkraczamy na niebezpieczny grunt. Na grunt zasad w życiu człowieka, więc chwilowo spasujemy.
Jak to jest z tą ideą: fajna czy słaba sprawa? Ma sens czy to tylko taka dzieciąca choroba a kto w czas nie wyrasta, ten wielkim idiotą jest?



To już nie ideowość z czasów PRLu, kiedy walczyło się o wolność wyrażania poglądów bez względu na konsekwencje. A przynajmniej w większości przypadków tak jest.
Tak jak piszesz- kto się zapisuje do stowarzyszeń? Młodzi, studenci. Wyrażają swoją opinię ile chcą i gdzie chcą. Jednak później następuje nieuniknione- czas się "ogarnąć" i zapewnić sobie i rodzinie byt. Co wtedy? Zastanawia się jeden z drugim ideowym studentem "Hmm, a może czas skończyć krzyczeć, skulić ogon, podpisać się pod czymś, co może mi przynieść pieniądze, dobra materialne itp itd?" Dorabia się, stać go na wakacje czy nowe auto. I wtedy ponownie budzi się ideowiec: "Kurczę, kiedyś wyrażałem głośno co chciałem, może czas znowu się za to zabrać? Mimo tych 40/50/60 lat." Bo może już sobie na to pozwolić.
Oczywiście to co piszę nie ma być podsumowaniem życia każdego ideowca. Ale cóż, zdarza się.
Najbardziej gryzie brak "zakodowanych w środku" haseł wśród polityków. Ida do partii, bo sława/kasa/przyjemność. A czy się zgadza z poglądami i misją partii czy też nie- inna sprawa. Eh!
A ci "jarający się"? Są, i to się ceni. Niestety, na wyginięciu.