Primum non necere - po pierwsze nie szkodzić.

Rząd jednak lubi szkodzić. W pewnym sensie jest on człowiekiem renesansu. Lubi i potrafi szkodzić w naprawdę wielu dziedzinach życia.

Tym razem padło na szkolnictwo. Po iście genialnym pomyśle polegającym na powstaniu gimnazjów, przyszedł czas na bardzo głębokie zmiany w liceach. Głębokie jak rów mariański albo jeszcze gorzej.

Jest wśród niektórych kręgów naszego społeczeństwa bardzo brzydki zwyczaj. Lubimy iść na łatwiznę i zamiast samemu się wysilić, ściągamy coś zza granicy. Niech autor nie będzie jednak źle zrozumiany. Pomysły, idee zza granicy bardzo często są zacne. Jednak musza być dobrze przemyślane i poprawnie przeniesione na polski grunt. Inaczej skończy się jak polski kalwinizm w XVI i XVII wieku. Magnatom pasowały wolności, które głosiła protestancka doktryna, ale kult pracy czy pochwała przedsiębiorczości były im obce. Wystawne uczty, polowania, wino, kobiety i śpiew, a robić nie było komu. Jak skończyła taka Polska - dobrze wiemy.

Gimnazja - wypaczona wersja niemieckiego modelu szkolnictwa - skończyły się stłoczeniem gołowąsów w wieku 13-16 lat i okradnięciem ich z tak potrzebnego czwartego roku nauki w liceum. Efekty widać jak na dłoni.

Teraz rząd postanowił wyspecjalizować nasze pociechy. Uczciwie powiem, że nie wiem, którym państwem tym razem inspirowali się nasi politycy. Wiem jedno: najpewniej znowu coś wypaczyli. W myśl koncepcji, w wieku 15 lat Kowalski i Nowak mają już wiedzieć, czy będą inżynierami, ekonomistami czy humanistami. Jasne, niejeden mój kolega narzekał, że po co ma się uczyć reakcji chemicznych, skoro chce być np. prawnikiem. Inny, zapalony matematyk pyta, po co mu historia starożytnej Persji, skoro chce skończyć na politechnice lub w PANie.

Ja sam jestem humanistą. Podobno. Do dzisiaj jednak jestem zdania, że i ta matematyka, i chemia czy fizyka były potrzebne. Jasne, nie będę sobie liczył pola tramwaju, którym jadę, ale matematyka uczy logicznego myślenia, rozwija i jest zwyczajnie bardzo dobrym treningiem dla mózgu.

Osobna sprawa to historia, WOS czy język polski. Żyjemy w pewnych konkretnych warunkach. Nasze granice są takie a nie inne, z pewnych ludzi w naszej historii możemy być dumni, za innych winniśmy się czasem wstydzić. Znajomość pewnych podstaw jest oczywistą koniecznością. Inna sprawa, jak ta edukacja "ideologicznie" wygląda...

Problem nie leży - poza nielicznymi wyjątkami - w treściach programów edukacyjnych. Problem leży w przekazywaniu wiedzy i jej weryfikacji. Nauczyciele bardzo często ograniczają się do wykładu ex catedra, czasem dorzucą prezentację i pańszczyzna odrobiona. A przecież można by prowadzić ciekawe lekcji fizyki czy chemii, gdzie uczniowie wykonują konkretne doświadczenia i dzięki temu są w stanie lepiej pojąć zagadnienie. Można przecież prowadzić lekcje historii, które nie ograniczają się tylko do recytowania przyczyn, przebiegu i skutków takiej czy innej wojny. Są filmy, muzea, ciekawe miejsca i cała masa podobnych.

Do ucznia należy podejść we właściwy sposób. Jeden to wzrokowiec, drugi słuchowiec, a trzeci najlepiej zrozumie coś, czego mniej lub bardziej dosłownie dotknie. Ktoś zaraz powie: jak to zrobić, panie mądry, w klasie 30osobowej? Odpowiadam: stosunkowo prosto. Bardzo często slyszę o likwidacji czy połączeniu szkół z racji mniejszej liczby uczniów. A przecież idący niż demograficzny to świetna okazja do zmniejszenia liczebności klas do 15-20 osób. Efektywniejsza praca gwarantowana. Ktoś zapyta zaraz: a skąd na to brać? Odpowiadam i jemu: a na co idą nasze PIT, CIT, VAT, akcyza i pokrewne? Państwo ma dochody, państwo ma wydatki. Wiadomo, potrzeby zawsze są większe niż możliwości ich zaspokojenia. Ale w takim razie musimy ustalić priorytety. Albo bierzemy się za porządne finansowanie edukacji, albo narzekamy, ze Polska  - jaka jest, każdy widzi.

Wreszcie problem weryfikacji wiedzy. Uczeń nie powinien recytować  regułki z fizyki niczym Pana Tadeusza. Powinien ją rozumieć. W historii nie idzie o to, by znać dokładną godzinę i minutę bombardowania Wielunia w 39 roku. Chodzi przede wszystkim o zrozumienie kontekstu. Nie sztuką jest wypisać przyczyny i skutki wkuwane przez parę godzin. Sztuką jest pomyśleć, czy można było coś zrobić inaczej. W edukacji akcent winien być przeniesiony z pamięciówki na samodzielne, krytyczne myślenie. Jasne, wymaga ono pewnej wiedzy, pewnych podstaw, ale sens jest inny. Wiele rzeczy, tak jak towar, może być atrakcyjnych. Trzeba je tylko dobrze i ładnie opakować, i wypromować.

No chyba, że rządzący chcą z nas zrobić jedynie posłuszne lemingi bez własnego zdania, których życie ma polegać tylko na fejsbuku i zakupach w modnej galerii. Najlepiej jeszcze w myśl hasła zastaw się, a postaw się. Świadomość obywatelska, znajomość historii i polityki nie może też -  wbrew pewnym kręgom - ograniczać się do westchnięcie sprzed TV : Jaki ten Kaczyński jest głupi...


Co jeśli jednak rząd ma nie tylko złe wyniki, ale i złe intencje? Cóż, wtedy pójdziemy na noże, bo Polacy  - jako wartościowy naród  -zasługują  na zdecydowanie więcej!

http://nauka.dziennik.pl/edukacja/artykuly/377828,to-koniec-liceow-ogolnoksztalcacych-znikna-juz-od-wrzesnia.html